Martwi za życia, czyli syndrom chodzącego trupa

zombie-1801470_1920

Przekonanie o własnej śmierci, rozkładającym się ciele, a nawet swoim nieistnieniu – wszystko to okraszone ogromnym poczuciem winy i przekonaniem o własnym potępieniu. Takie odczucia towarzyszą osobom, których dotknął zespół Cotarda, zwany także syndromem chodzącego trupa.

XIX-wieczny francuski lekarz Jules Cotard zetknął się w 1880 r. z kobietą, którą później przedstawił w artykule medycznym jako Pannę X (sama kazała mu zwracać się do siebie Mademoiselle X) . Pacjentka utrzymywała, że brakuje jej niektórych części ciała. Z czasem twierdzić zaczęła, że została skazana na potępienie. Owo „skazanie” wiązać się miało z tym, że została „martwa za życia” i nie może umrzeć w sposób naturalny. Jako że kobieta w pewnym momencie zaczęła odmawiać przyjmowania pokarmów doprowadziła się do śmierci głodowej – mimo, iż nie stwierdzono u niej skłonności samobójczych.

Żywy trup i kara za grzechy

Choć francuski doktor odkrytemu przez siebie schorzeniu nadał nazwę „delirium negacji”, to przeszło ono do historii jako „zespół Cotarda”. Z czasem zaczęto posługiwać się również bardziej obrazową nazwą – „syndrom chodzącego trupa”. Stopień natężenia objawów u pacjentów dotkniętych zespołem Cotarda bywa różny, w zależności od głębokości zaburzenia.

Do najczęstszych symptomów należą: pobudzenie psychoruchowe i nienaturalny sposób poruszania się (przywodzący na myśl filmowe zombie), zmniejszenie wrażliwości na ból, a także zmniejszenie lub całkowity brak odczuwania własnego ciała (nieodczuwanie bicia serca, tętna, czy oddechu). Chory nabiera absurdalnych z punku widzenia otoczenia przekonań. Twierdzić może bowiem, że nie posiada organów wewnętrznych, kończyn lub krwi, jego ciało gnije, rozpada się i toczy je robactwo.

Do tego wszystkiego dochodzi silny lęk i ogromne poczucie winy. Chory próbując sobie „racjonalnie wytłumaczyć” swój pobyt na ziemi – pomimo śmierci – dochodzi do wniosku, że jego stan jest karą za wyrządzone przez niego zło (wśród osób wierzących karą za grzechy).

Nieśmiertelni i nieistniejący

ddW najostrzejszej fazie choroby pacjent przekonany jest o własnej śmierci (uważa się za „żywego trupa”) lub nawet o swoim nieistnieniu. Chory może nie rozpoznawać w lustrze swojej twarzy (nie wiązać jej z własną osobą) lub wcale jej nie dostrzegać. W skrajnych przypadkach pojawia się także przekonanie o nieistnieniu pozostałych ludzi i świata w ogóle.

Bywa też, że u osoby dotkniętej zaburzeniem pojawia się przekonanie o własnej nieśmiertelności. W pewnych przypadkach wystąpić mogą skłonności samobójcze. Są one bardzo niebezpieczne, gdyż chory uważa, że „skoro nie żyje, to i tak ma nic do stracenia”.

Przyczyny i leczenie

ggPrzyczyna powstawania zespołu Cotarda nie jest do końca znana. Wiadomo, że na tę dolegliwość zapadają osoby znajdujące się w stanie psychozy – np. schizofrenii lub ciężkiej depresji. Uważa się także, że genezą tego schorzenia mogą być strukturalne wady lub uszkodzenia mózgu. Niektórzy specjaliści twierdzą, że choroba to wynik uszkodzeń prawej półkuli, która odpowiada za „obraz siebie”.

Leczenie „żywego trupa” jest bardzo trudne. Podobnie, jak w przypadku innych zespołów urojeniowych, trudno dotrzeć do chorego za pomocą logicznej argumentacji. Jest on przekonany, że racja jest po jego stronie i zdaje się w ogóle nie brać sobie do serca prezentowanych przez otoczenie „niepodważalnych dowodów” na to, że nie umarł. Chorzy albo znajdują irracjonalne kontrargumenty przeciwko nim, albo zwyczajnie ignorują wszelkie uzasadnienia.

Takiej osobie niezbędne jest zapewnienie opieki lekarskiej, przede wszystkim – psychiatrycznej oraz psychoterapii. Trzeba próbować przekonać , że – wbrew swoim urojeniom – żyje. Ale nawet jeśli uda się to zrobić, konieczne będzie częste przypominanie jej o tym (aby urojenia znów nie wzięły góry).W leczeniu stosuje się także farmakoterapię, a nawet elektrowstrząsy. Niestety żadna terapia nie gwarantuje wyzdrowienia.

===================================================

Śmiertelna bezsenność rodzinna. Na to nie pomogą tabletki

bezsennosc1

Brak snu jest niezwykle uciążliwy. Prowadzi do rozkojarzenia i zmęczenia organizmu. Zdarza się jednak, choć niezwykle rzadko, że nieprzespane noce prowadzą do śmierci w stanie delirium. Na tę dziedziczną chorobę nie pomogą tabletki nasenne, ani nic innego.

Śmiertelna bezsenność rodzinna (ang. fatal faimilial insomnia, FFI), w przeciwieństwie do zwykłych kłopotów ze snem – spowodowanych często nadmiernym stresem bądź przepracowaniem – nie musi mieć przyczyn w naszym stylu życia. Ma ona uwarunkowanie genetyczne i dotyka kolejne pokolenia – stąd nazwa. Szacuje się, że na ową dolegliwość cierpi 28 rodzin na świecie.

Stara choroba, późno zdiagnozowana

Pierwszy przypadek zaburzenia opisał w 1979 r. włoski lekarz Ignazio Roitera, który stwierdzał przyczyny śmierci dwóch kobiet pochodzących z jednej rodziny. Lekarz wywnioskował wówczas, że przyczyną śmierci kobiet była bezsenność.

Po przeprowadzeniu dochodzenia okazało się, że tajemniczych zgonów było w rodzinie więcej. Sześć lat po śmierci kobiet zachorował – i w konsekwencji zmarł – kolejny członek włoskiej familii. Wówczas jego przypadek został dokładnie przeanalizowany, a mózg nieszczęśnika wysłany do Stanów Zjednoczonych, aby tamtejsi naukowcy przeprowadzili dalsze badania.

Jednak przyczyny śmiertelnej dolegliwości udało się ustalić dopiero pod koniec lat 90. Wtedy to uczeni stwierdzili, że bezsenność prowadząca do zgonu powoduje zmutowane białko zwane „prionem”. Dlaczego jest ono tak niebezpieczne? Prion w swojej strukturze, w miejscu asparaginy posiada kwas asparaginowy. Mutacja ta powoduje zmiany w kształcie cząsteczki białka i przenosi się na kolejne zdrowe proteiny w mózgu. Zachodzi ona w obrębie obszarów wzgórza, odpowiedzialnych za regulację snu – co z kolei utrudnia wysyłanie sygnałów nerwowych od mózgu do ciała i z powrotem. Badania przeprowadzone na mózgach osób, które zmarły na skutek śmiertelnej choroby wykazały istnienie daleko idących zmian we wzgórzu – jakby „dziury”. Pozostałe części mózgu pozostają natomiast nienaruszone.

Co ciekawe obecnie uważa się, że pierwszy znany przypadek śmiertelnej bezsenności pojawił się już 200 lat temu. Nosicielem zmutowanego genu miał być lekarz pochodzący z Wenecji, który z powodu permanentnego braku snu zmarł w 1765 roku, a jego dzieci odziedziczyły po nim klątwę bezsenności.

Wysokie ryzyko choroby i jej tragiczne skutki

Jeśli jeden z rodziców cierpi na FFI, to jego potomek ma aż 50 proc. szans, na to że choroba dosięgnie także jego. Objawy śmiertelnego braku snu pojawiają się w różnym czasie – pomiędzy 30. a 60. rokiem życia. Mogą być one różne, nawet w obrębie jednej rodziny. Wspólnym mianownikiem jest bezsenność, ale oprócz niej pojawiać się mogą m.in. zaburzenia w regulacji ciśnienia krwi, pracy serca, temperatury ciała oraz przepływie hormonów. Wraz z nasilaniem się bezsenności pojawiają się ataki paniki, fobie, halucynacje, a w dalszym stadium – objawy demencji. Chory znacznie traci na wadze, a na końcu swej drogi umiera w stanie delirium. Choroba postępuje bardzo szybko. Dotknięte nią osoby umierają w ciągu 7-36 miesięcy od wystąpienia symptomów.

Medycyna jest bezsilna

Na śmiertelną bezsenność rodzinną nie ma lekarstwa. Medycyna może jedynie dążyć do poprawy komfortu życia chorego. Nie można podawać mu natomiast środków nasennych, gdyż wywołują one przeważnie nagłą śpiączkę. Naukowcy nadzieję na walkę z chorobą pokładają w terapii genowej, ale na razie okazuje się ona bezskuteczna. Badania wciąż trwają.